czwartek, 5 marca 2015

HAPPY BIRTHDAY!

Kwiatów Ci nie dam, mimo szczerych chęci,
lecz słowa, które zostaną w pamięci:
Życzę szczęścia, dużo radości
i długiej szczęśliwej przyszłości,
Niech los Tobie z oczu łez nie wyciśnie,
niechaj się wszystko wiedzie pomyślnie.
Wszystko co piękne i wymarzone,
w dniu Twych urodzin niech będzie spełnione!

STO LAT KASIU!




poniedziałek, 2 marca 2015

Przejawy odwagi!

Ten tydzień był bardzo zwyczajny i spokojny. Nie mogę doczekać się wiosny kiedy to codziennie będę gdzieś wychodziła!

W tę sobotę byłam z koleżankami na lodowisku, hura! W końcu coś nowego ;D Lodowisko było małe, ale i tak miałam dużo zabawy. Powiedziałyśmy że jesteśmy studentkami, przez co zapłaciłyśmy 3$ za wstęp i 8$ za wypożyczenie łyżew na ile tylko się chce. Normalny bilet nie był wiele droższy, łącznie byłoby 14$, ale jak można te 3$ zaoszczędzić to dlaczego by nie ;)




Samą siebie zaskoczyłam jednak czymś innym. Moi hości potrafią gotować i gdy to mówię to mam namyśli, że są w tym naprawdę świetni. Amator niech lepiej przy nich nie wyskakuje.
No właśnie... nie wiem, co sobie myślałam, ale wczoraj powiedziałam host mamie, że chciałabym zrobić na następny dzień (czyli dzisiaj) obiad. Chyba coś mnie musiało wtedy opętać... w każdym bądź razie słowo się rzekło i musiałam się wywiązać z obowiązku. Stresowałam się cały dzień!
Zrobiłam krokiety z mięsem, do tego brokuły na patelni oraz pokrojony pomidor. Na szczęście całość wyszła bardzo dobrze i nawet dzieci chciały skosztować i im smakowało! +100 do samopoczucia ;)




niedziela, 22 lutego 2015

Let it go!

Ten śnieg potrafi dobić i przy takich opadach łatwo dostać depresji dlatego ważne jest aby się nie poddawać i zawsze gdzieś wychodzić! Choćby do Starbucksa na kawę ;) Gorzej jak nawet Starbucks jest zamknięty przez śnieg, a to już mi się zdarzyło... Wtedy czeka wieeeelka D.

Na szczęście ten tydzień był już lepszy. W poniedziałek host mama zabrała mnie z dziewczynkami do Museum of Fine Arts. Bardzo ciekawe muzeum, gdzie w końcu ktoś pomyślał głową. Oprócz cennych i historycznych rzeczy można tam też znaleźć miejsca, w których dzieci wykazują się kreatywnością przy czym uczą się trochę o sztuce. Moje host dzieci robiły "szkatułkę skarbów" czyli dekorowały papierowe pudełka, później formowały pieczątki z masy podobnej do gliny a na koniec kolorowały papierowe ramki na obraz. I tak się dziecko uczy :D

W Środę jednak czekała nas największa niespodzianka. Po szkole dziewczynek pojechałyśmy (sama płeć żeńska bo host tata był w pracy) do TD Garden na... DISNEY SHOW Frozen! Niesamowite wydarzenie! Cały film Frozen, tyle że na lodzie :D A na początku wystąpiły inne postacie z Disney'a jak Roszpunka, Ariel, Kopciuszek i inne księżniczki wraz ze swoimi miłościami. Nawet były rybki z "Gdzie jest Nemo" oraz Timon i Pumba haha :D Ten dzień mogłam spokojnie uznać za przełomowy w tej zimie, bo już naprawdę myślałam, ze wpadnę w depresję.






Wczoraj z Hanną poszłyśmy do klubu Whiskey Saigon na imprezę. Bardzo fajny klub, muzyka nie do końca w moim stylu ale i ta lepsza niż sama techniawa, no i było dużo młodych i przystojnych facetów ;)
Dzisiaj, jako że miałam swój cały weekend wolny, pojechałam w końcu do polskiego kościoła w Bostonie. Tak, W Bostonie jest Kościół Matki Boskiej Częstochowskiej i mogłam być na polskiej mszy. Po tym oczywiście odwiedziłam polski sklep z samymi polskimi produktami <3 A na koniec tej polskości posiliłam się w polskiej knajpce z polskim menu, gdzie zjadłam polskie pierogi ruskie (nigdy nie przestanie mnie śmieszyć ta nazwa :D). Przed moim daniem dostałam nawet chleb z tustym!!
Pojedzona i pełna polskiej energii wyruszyłam do Cambridge, gdzie zwiedziłam kampus Harvardu. Nie dziwię się, że wiele osób na punkcie Harvardu bzika. Jest ogromny i piękny i sama z chęcią bym tam studiowała! Choć pogoda dziś dopisywała (2 stopnie C po tygodniach temperatury poniżej -15 to jak lato) chcę tam wrócić na wiosnę albo najlepiej jesień, gdzie nie będzie wkoło wkurzającego śniegu i z przyjemnością będę chodziła po kampusie z kawą w ręku, a nawet przysiądę na ławce, której dziś nie sposób było dostrzec....





 Cafe Polonia - miło i przytulnie :)



Czas na HARVARD 















Muszę powiedzieć, że z tego zdjęcia jestem bardzo dumna :D

A na zakończenie mistrz kamuflażu:




wtorek, 10 lutego 2015

LET'S GO CELTICS!!

Taaak! To był ten piątek! W końcu byłam na prawdziwym meczu koszykówki. Boston Celtics kontra Philadelphia 76ers. Emocje nie do opisania!

Mimo wszystko ponieważ ja to JA, coś musiało się wydarzyć. Przed wyjazdem z domu nie ruszyłam głową i nie pomyślałam, że tak czasem, może, na wszelki wypadek... lepiej byłoby zabrać ze sobą paszport. Nie jakieś ID i kopię paszportu, ale oryginał. Dlaczego to miałby być dla mnie poważny problem? Ponieważ w Stanach bez paszportu obcokrajowiec nie może sobie kupić na imprezie piwa! Tak, to jest tragedia. Na szczęście z pomocą moich towarzyszek obeszłyśmy system ;D




Mili koledzy i ich przyjaciele powiedzieli nam potem, gdzie jest fajny pub i uraczyli nas nawet swoją obecnością ;D


CELTICS WIN! YEEEES! 


Ta w tle z ręką na biodrze to ja - żeby nie było, że nie ma mnie na zdjęciu ;D


środa, 4 lutego 2015

"Tyle śniega na...sypało"

Wiem, wiem... jestem straszna jeśli chodzi o bycie konsekwentnym, ale! Nie ma komentarzy = nie ma motywacji = nie ma notki. Proste równanie :) Dziękuję jednak Anecie, która się upomniała o posta. Od teraz postaram się być systematyczna... chyba, że naprawdę nic ciekawego nie będzie się działo ;D

Czas szybko tutaj leci i będę to chyba powtarzać w każdej notce. Nie wierzę, że to już luty!! Przecież niedawno dopiero się pakowałam na wyjazd! Ostatnią sobotę po zajęciach (tak, dalej chodzę na angielski :D) miałam czas dla siebie. Po (oczywiście) zakupach znalazłam dobre miejsce, aby coś zjeść. Stoliki były na 1-szym piętrze, ja usiadłam zaraz pod oknem.
Po zjedzeniu bajgla i w trakcie ogrzewania się gorącą czekoladą w końcu miałam okazję przyjrzeć się temu, co się dzieje na dworze i nagle spokojne myśli zaczęły przepływać w mojej głowie. Patrząc na tych wszystkich ludzi przechodzących z jednej strony na drugą nie mogłam uwierzyć, że ja, mieszkając przez 22 lata w małej mieścinie gdzieś tam w Europie, właśnie siedzę w centrum Bostonu, jem tak popularnego w stanach bajgla, piję gorącą czekoladę i czytam książkę jak gdyby to była najnormalniejsza rzecz na świecie...


Wracają jednak do powiedzmy połowy stycznia....

Po poprzednich zajęciach miałam w końcu czas odwiedzić bostońską bibliotekę. Jest ogromna i piękna! Tego samego dnia założyłam tam swoje konto i teraz mogę się rozkoszować długo upragnioną książką "Band of Brothers" Stephena E. Ambrose'a ;D



Jednak co jest najważniejsze, to w ciągu ostatnich 2 tygodni mieliśmy już 2 burze śnieżne. Słysząc "burza" spodziewałam się, że wiatr będzie chciał mnie wywiać z pokoju... co za pomyłka! Było raczej spokojnie, może za drugim razem bardziej wiało, ale ogólnie polegało to na tym, że śnieg sypał, sypał, sypał i sypał...tak, że za pierwszym razem był zakaz w kilku miastach (w Newton oczywiście też) jazdy samochodem z powodu zaśnieżonych ulic.
"Burza" była (ku mojemu rozczarowaniu) spokojna, za to ilość śniegu jaką zastałam po 2 dniach była zaskakująca. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam wszystko tak zasypane, a to i tak koparki i inne ciężkie samochody pracowały od co najmniej doby. Miasto wyglądało jak z bajki. Jak Domki z piernika oblane białym lukrem - słodko! Nawet jeśli każdego ranka brnę ze swoim host dzieckiem do szkoły przez zaspy po pas... jest zabawa :D




Czekając na T, aby dotrzeć na sobotnie zajęcia. Brrr!



"Piękna" zima w Newton :)



Hołdy śniegu czekające na wywóz



Przemieszczanie się w "korytarzach" śniegu uważam za ciekawe... dopóki jakiś sąsiad nie zapomina odśnieżyć swojego podwórka. Wtedy muszę lewitować nad metrowym śniegiem.



I na koniec, największa słodycz w domu host rodziny <3


wtorek, 20 stycznia 2015

Przeminęło z wiatrem...i ze śniegiem i mrozem ;D

Nie wierzę, że to już połowa stycznia... Ten czas leci zdecydowanie za szybko.

Od początku tego roku sporo się wydarzyło. Zapisałam się na lekcje angielskiego  w Boston Academy of English. Musiałam rozwiązać test online, przy którym miałam to wrażenie jak z matematyki: albo to jest naprawdę takie proste, albo robię to źle... Na szczęście to była pierwsza opcja i zostałam przydzielona do zaawansowanej grupy JEJ ;D
Co prawda mam za sobą dopiero jedne zajęcia (które trwają od 9.30 do 13.30...), ale już podoba mi się charakter zajęć. Wszyscy się ze sobą dogadujemy, ale każdy ma jakieś braki.
Z tej okazji kupiłam sobie zeszyt na zajęcia :D Szkoda tylko, że kartki są tak cienkie, że ciągle tnę sobie palce...



Niestety ten czas, jaki przeminął bardziej kojarzę z zakupami... np. widziałam w Marshall's (bo gdzie indziej...) piękną walizkę podręczną do samolotu. Tydzień o niej myślałam, aż w końcu kupiłam. Kosztowała 60$ ale nie żałuję :D




Ten weekend miałam cały wolny. Miałam jechać z Hanną do NY, ale przez pogodę postanowiłyśmy jednak zostać. Jej host rodzina wyjechała na 3 dni w góry więc mogłam u niej nocować. Pogaduszki, wspólne oglądanie filmów i, oczywiście, zakupy! Nie chcę nawet liczyć ile wydałam, ale pocieszam się tym, że najdroższym zakupem była jesienno-wiosenna kurtka za 15$ i cieliste szpilki za 10$ w The Goodwill.
Do wszystkich zakupoholików - jeżeli szukacie w stanach markowego sklepu, a nie chcecie wydawać za to fortuny, czekajcie na przeceny w H&M! Kupiłam super zimowy sweterek za 5$ oraz letnią spódniczkę, również za 5$... a przynajmniej tak myślałam. Przy kasie jeszcze miałam od tego zniżkę, nie wiem dlaczego :D w każdym bądź razie, miałam zapłacić 23$, a zapłaciłam 16 :D






Jeszcze jak to wygląda w weekendy pełnoletnich kobiet, do filmu (a nawet bez filmu) należy napić się czegoś dobrego i %. Szukając dobrego wina w sklepie (piwa już się chłodziły w domu :D) znalazłyśmy i polski przysmak :D Nie pytajcie, jak się znalazłyśmy na dziale z wódkami...



Na początku stycznia dostałam od Hanny spóźniony prezent świąteczny. Ona słucha jak mówię czego pragnę i potrzebuję :D